I znów wybrałam się do endokrynologa. Przywitał mnie chaos, bo przychodnia wdraża nowy system. Nagle okazało się, że poprzednie zapisy na określoną godzinę "nie były istotne". I mogę sobie mieć na kartce zapisane, że wizytę mam umówioną na 11.15 (bądź 12.15, bo do tej pory nie udało mi się tych szlaczków odszyfrować), ale system zapisał mnie na 10.25. I mimo że przychodnia ma moje wszystkie dane, łącznie z numerem buta, to nikt nie raczył do mnie zadzwonić i mnie o fakcie powiadomić. "Nie mogę pani dać gwarancji, że pani o tej porze wejdzie do gabinetu" mówi mi pani rejestratorka. Niestety, pani chyba nie załapała, że skoro pojawiłam się w przychodni niecałą godzinę po moim "niezagwarantowanym" terminie, to w gabinecie endokrynologa uznano, że się na wizytę nie stawiłam. A stawiłam się i swoje odczekałam. Na moje uprzejme pytanie, kiedy sytuacja będzie wyglądała normalnie, pani rejestratorka odpowiedziała beztrosko "A, pewnie w październiku". Była przy tym głęboko oburzona, że śmiem wymagać terminu w przyszłym tygodniu, bo wyniki mam raczej kiepskie. Na do widzenia usłyszałam, że jeśli zostanę przyjęta, to "na odpowiedzialność pani endokrynolog". Nosz...