czwartek, 17 kwietnia 2014

Wizyta u endokrynologa (3): Śladowe ilości...

I znów wybrałam się do endokrynologa. Przywitał mnie chaos, bo przychodnia wdraża nowy system. Nagle okazało się, że poprzednie zapisy na określoną godzinę "nie były istotne". I mogę sobie mieć na kartce zapisane, że wizytę mam umówioną na 11.15 (bądź 12.15, bo do tej pory nie udało mi się tych szlaczków odszyfrować), ale system zapisał mnie na 10.25. I mimo że przychodnia ma moje wszystkie dane, łącznie z numerem buta, to nikt nie raczył do mnie zadzwonić i mnie o fakcie powiadomić. "Nie mogę pani dać gwarancji, że pani o tej porze wejdzie do gabinetu" mówi mi pani rejestratorka. Niestety, pani chyba nie załapała, że skoro pojawiłam się w przychodni niecałą godzinę po moim "niezagwarantowanym" terminie, to w gabinecie endokrynologa uznano, że się na wizytę nie stawiłam. A stawiłam się i swoje odczekałam. Na moje uprzejme pytanie, kiedy sytuacja będzie wyglądała normalnie, pani rejestratorka odpowiedziała beztrosko "A, pewnie w październiku". Była przy tym głęboko oburzona, że śmiem wymagać terminu w przyszłym tygodniu, bo wyniki mam raczej kiepskie. Na do widzenia usłyszałam, że jeśli zostanę przyjęta, to "na odpowiedzialność pani endokrynolog". Nosz...

Bo nie mam dobrych wyników, oj nie. TSH w mojej krwi wynosi 0,008 mU/l, podczas gdy wg mojego laboratorium normą jest 0,27–4,0 mU/l. Tak, osiem tysięcznych, zamiast wspaniałych dwóch jednostek - wtedy czułam się jak nowy człowiek.

Weszłam do gabinetu i jednym tchem zaczęłam wymieniać, co mi się złego dzieje: wróciła senność, osłabienie i bóle podczas miesiączki, do tego co jakiś czas męczą mnie nudności i zawroty głowy, mocniejsze bicie serca, a raz po prostu straciłam przytomność i wyrżnęłam głową w podłogę. Moje paznokcie są sine, gumowate, skóra goi się naprawdę powoli, czasem też pękają naczynka. I dalej wypadają mi rzęsy. A w ciągu następnych dwóch miesięcy czekają mnie wyjazdy na konferencje naukowe i obrona pracy magisterskiej. Stres.

Cóż, według pani endokrynolog moje objawy zupełnie przeczą wynikom - to samo miałam już, jak się zgłaszałam z podwyższonym TSH - i to wszystko wina moich szalejących przeciwciał (chociaż akurat ich tym razem nie badałam), które ciągle uszkadzają moją tarczycę. Muszę teraz zbadać poziom wolnych hormonów i to powinno dać jasny obraz mojej tarczycowej sytuacji. Dostałam też skierowanie na USG tarczycy, chociaż nie jest to aż tak pilne. Przy niższej dawce leków czułam się o wiele lepiej i myślałam, że tak już pozostanie, no ale nie. Jestem ciekawa, co to będzie za tydzień.

... O ile uda mi się dostać do gabinetu. W końcu nie mam na to gwarancji :D

Po tym wszystkim postanowiłam uzupełnić kosmetyczne zapasy o krem do ciała Isana z granatem i figą (w promocyjnej cenie), żel do twarzy Rival de Loop (do spróbowania zamiast Biedronkowego żelu peelingującego), a w innej drogerii kupiłam peeling cukrowy o w miarę prostym składzie. 
Może nawet któryś nabytek bliżej opiszę ;)

I korzystając z okazji, chciałabym Wam życzyć jak najmniej problemów ze zdrowiem, szybko wdrażanych systemów w przychodniach i dużo, dużo radości w życiu. 
Wesołych Świąt!

czwartek, 10 kwietnia 2014

Gdy swędzi całe ciało...

Swędzenie nie należy do najprzyjemniejszych odczuć. Pół biedy, jeśli swędzenie zniknie po podrapaniu się. Gorzej, jeśli mimo drapania, ocierania się, szorowania po skórze pazurami, swędzenie nie zniknie. Co wtedy? Mam kilka swoich pewniaków :)

Ziaja, kremowy olejek myjący dla dzieci, na ciemieniuchę, hypoalergiczny

Jeśli podejrzewasz, że swędzenie wywołał nowy żel pod prysznic - warto wypróbować ten olejek w roli myjadła pod prysznic. Wygodnie się dozuje, delikatnie pachnie i prawie wcale się nie pieni. Nie jest to akurat żadna wada, jeśli chodzi o mycie ciała, ale może stanowić mały problem podczas mycia głowy. Zawiera delikatne detergenty (jeden niestety z grupy siarczanów), które czasami nie do końca radzą sobie z pozostałościami po antyperspirantach. W składzie jest również olej słonecznikowy i olej z bawełny - bardzo dobrze sprawdzające się przy skórze dotkniętej ŁZS. Znajdziemy też skwalan, naturalny składnik ludzkiego sebum. Niestety, gdzieś pomiędzy nimi wplątał się olej macadamia, już mniej przez ŁZS lubiany. Tych, którzy ciągle się drapią również potrafi ukoić.
Buteleczka jest bardzo wygodna, pompka dozuje ilość odpowiednią do umycia całej jednej mojej nogi ;)
Olejek jest bardzo wydajny, kupiłam go w czasie wakacji i stosowałam prawie codziennie, po wakacjach już trochę rzadziej, ale wciąż przynajmniej raz w tygodniu. Produktu w butelce jest wciąż ponad połowa.

INCI: Aqua, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Sodium Lauroyl Sarcosinate, Disodium Laureth Sulfosuccinate, Glycerin, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Gossypium Herbaceum (Coton) Seed Oil, Squalane, Ethyl Linoleate, Ethyl Oleate, Ethyl Linolenate, Tocopheryl Acetate, Carbomer, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Sodium Benzoate, DMDM Hydantoin, Parfum, Sodium Hydroxide
W składzie mamy wodę, olej słonecznikowy, detergenty, glicerynę, olej macadamia, olej z bawełny, skwalan, zespół nienasyconych kwasów tłuszczowych (witamina F), ester kwasu octowego i witaminy E, zagęszczacz, substancja powierzchniowo czynna, witamina E, witamina C rozpuszczalna w tłuszczach, witamina C, konserwanty i zapach.
Skład nie jest może idealny, ale z taką wydajnością i taką ceną (ok. 7zł), olejek jest moim ulubieńcem, który będę polecać :)

Babydream Extrasensitive, Wundshutzcreme

Krem w zasadzie uniwersalny. Smarowałam nim co większe pryszcze, zajady a nawet uczulenie nie dłoniach. Wszystko złaziło. Od biedy można go pewnie użyć jako filtra, z uwagi na tlenek cynku, ale nie polecam. kiepsko się go wsmarowuje i strasznie bieli.
Pamiętam też, że smarowałam nim klatę, kiedy każdy (każdy!) stanik powodował, że piersi swędziały. Nie przebarwia staników ;)
Pisałam już o nim TUTAJ :)

Isana Bodycreme, Sheabutter & Kakao

Ostatni już z moich ulubieńców. Krem do ciała Isana o słodkim (czasami aż za słodkim) zapachu budyniu czekoladowego. I konsystencji budyniu. Szybko się wchłania, ale zostawia na skórze film, który mnie akurat nie przeszkadza. Dostępny w Rossmannie często w promocji za niecałe 8zł, pojemniczek ma aż 500ml kremu. Jeśli chodzi o jego wydajność, to trudno mi jest ją określić. Ja swój słoiczek zużywam już chyba pół roku, moja babcia uwinęła się z nim w niecały miesiąc :D
Uwielbiam smarować się nim przed snem. Rano wciąż czuję jego zapach :)
Zastanawiam się nad wersją z granatem albo oliwkową - ma ktoś? Polecacie? ;)

INCI: Aqua, Glycerin, Glyceryl Stearate SE, Ethylhexyl Stearate, Cocos Nucifera Oil, Butylene Glycol, Cetyl Alcohol, Butyrospermum Parkii Butter, Panthenol, Copernica Cerifera Cera, Theobroma Cacao Butter, Sodium Ceteraryl Sulfate, Parfum, Isopropyl Palmitate, Carbomer, Phenoxyethanol, Tocopheryl Acetate, Sodium Hydroxide, Ethylhexylglicerin, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Benzyl Alcohol, Benzyl Bezoate, Coumarin
Zaraz po wodzie znajduje się nawilżająca gliceryna, tuż za nią emulgator i emolient tłusty, olej kokosowy, nawilżający i ułatwiający przenikanie innym związkom glikol butylenowy, kolejny emolient i masło shea, panthenol, wosk carnauba, masło kakaowe, surfaktant (detergent) składnik wosków i zapach. Po zapachu jest jeszcze emolient, zagęszczacz, konserwant, witamina E, stabilizator pH, kolejny konserwant, składnik chelatujący, konserwanty i znowu zapach.
Szału nie ma, w dodatku krem nazywa się kakaowy, a tego kakaa wcale nie ma tam aż tak dużo. Za nawilżanie odpowiada gliceryna i panthenol, emolienty, olejki i wosk robią film. Mimo wszystko lubię ten krem ;)

Macie jakieś swoje pewniaki, które zniwelują problem swędzenia?

niedziela, 6 kwietnia 2014

Włosowa aktualizacja: kwiecień | Zażegnanie kryzysu! | Bad hair day

Doszłam do wniosku, że w comiesięcznej włosowej aktualizacji piszę w zasadzie ciągle to samo, postanowiłam więc zmienić nieco częstotliwość takich wpisów i aktualizować stan włosów co trzy miesiące. Od kilku dni mamy już kwiecień, a ja nie mogę się z tym pogodzić. Czas biegnie zdecydowanie zbyt szybko! Boję się, że ani się obejrzę, a zastanie mnie czerwiec i będzie niedobrze...

W ciągu trzech ostatnich miesięcy moja pielęgnacja opierała się na szamponie NaturVital do włosów przetłuszczających się, ze skłonnością do wypadania (ze SLeSem), na zmianę z delikatnym szamponem Olsson (też ze SLeS) i neutralnym szamponem Natura Siberica. Ten pierwszy udało mi się skończyć i rozglądałam się za innym, mocniejszym i może z jakimś składnikiem leczniczym. W tym czasie skontaktowała się ze mną pani Anna z i-apteka.pl i zaproponowała przetestowanie produktu z ich asortymentu. Jak pewnie już wiecie, wybrałam szampon z nanosrebrem i... za dużo się nie natestowałam. Moja głowa obrosła łuską i szukałam sposobów na jej uratowanie. KLIK KLIK
I wtedy przypomniałam sobie, że mam zachomikowany "na czarną godzinę" nawilżający szampon Emolium. Razem z żelem Cerkogel 30 naprawdę dobrze zajął się moją skórą głowy - już po pierwszym myciu łuski było zdecydowanie mniej. Niestety, niezbyt dogadał się z włosami, które elektryzowały się i zachowywały się jak piórka. Na szczęście maska z emolientami je uładziła.

Poza szamponami zużywam wciąż maskę glinianą Domowe Recepty i maskę Lactimilk na bazie kefiru. Już powoli odkrywam dno, pora więc zacząć rozglądać się za jakimiś ciekawymi maskami. Brakuje mi trochę masek b/s ale w tej roli bardzo dobrze sprawdza się krem do rąk Isana z mocznikiem.

Gdzieś mniej więcej pod koniec lutego skończył mi się jedwab do włosów GreenPharmacy. A że przypadł mi do gustu, ze względu na skład, zapach, działanie, pojemność i cenę, kupiłam następne opakowanie. I rozpacz wielka, bo już nie pachnie tak słodko aloesem, tylko jak zwykłe białe mydło. A tak lubiłam jego zapach... Znacie może coś, co tak ładnie, słodko pachnie? :)

Jako że zostałam teraz bez szamponu z mocniejszym detergentem, mam zamiar zamówić na DOZie szampon Paraderm. Czy ktoś z Was próbował? Jak go oceniacie?

Na koniec, standardowo - zdjęcie włosów.
Niedawno zrobiłam przemeblowanie w pokoju i chciałam zrobić zdjęcie korzystając z pięknego słońca za oknem. Aparat postawiłam na parapecie i musiałam przykucnąć ;)
Dla porównania, zdjęcie dwa dni później, z dzisiaj, kiedy włosy się zbuntowały, naelektryzowały i nie chciały układać. Koszulka z Kortowiady ;)

Już niewiele mi brakuje do mojej wymarzonej długości - do wcięcia w talii ^^
Co tam u Was słychać? ;)

sobota, 29 marca 2014

Eksperyment: nawilżający peeling z Tulsi

Dziś w roli głównej indyjskie ziółko, o którym już wcześniej pisałam i które bardzo dobrze działa na moją skórę głowy - Tulsi. Pisałam o nim już TUTAJ.

Uznałam, że mojej przesuszonej skórze głowy przydałby się peeling. W końcu tak się złuszczam i złuszczam, a nie mam kiedy się zdrapać. Postanowiłam jednak nie sięgać po cukier, a sprawdzić, czy moja skóra głowy dalej dobrze reaguje na Tulsi, której ostatnia porcja stała na szafce i czekała na mnie.

Do miski wsypałam 3 łyżeczki Tulsi, 6 łyżeczek maski do włosów Domowe Recepty i 2 łyżeczki gliceryny. Używając ziół, szczególnie indyjskich, staram się nie mieszać ich w metalowej miseczce i nie sypać ich metalowymi sztućcami. Wiem na pewno, że robi się tak przy glinkach, żeby "nie straciły swojej mocy" - tako rzekła mi pewna pani w Mydlarni u Franciszka. Pewnie niewiele to pomaga w przypadku ziół, ale jakoś lepiej się z tym czuję ;)
Powstałą maź rozmieszałam, wtarłam w skórę głowy, związałam włosy i czekałam 45min. Po tym czasie zafundowałam skórze mocny peeling i umyłam włosy szamponem neutralnym Natura Siberica.

Efektów po umyciu włosów nie było zbyt dużo. Włosów znów wypadło sporo, wciąż była łuska... Ale przy następnym myciu na grzebieniu znalazłam może 1/3 tego, co wychodziło mi do tej pory. I to uznałam za sukces! Wreszcie ;)

Będę wracać do peelingów z Tulsi :)